Stephen King „Cmętarz zwieżąt”

- I jak? - pytam samego siebie.

Ciężko wzdycham.

- Uff, przeczytałem już - odpowiadam po chwili.

- Ale pytałem o wrażenia - precyzuję.

Mam nadzieję - odzywam się po krótkim namyśle, mówiąc z lekkim wysiłkiem - Mam nadzieję, że to wszystko to tylko literacka fikcja. Fikcja. Jak najbardziej literacka fikcja. Lecz nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to wszystko to zapis prawdziwych wydarzeń. To wszystko jest takie niewinne - ot, pewna amerykańska rodzina wprowadza się do swojego nowego domu, w którym wieść ma nowe, jeszcze szczęśliwsze i bardziej sielankowe życie niż dotychczas. Mimo drobnych utarczek z żoną, Louis wiedzie przecież wymarzony żywot - dobrze płatna praca, grzeczne dzieci, wspaniała żona. Drobne kłótnie nie mogą zdewastować tego obrazu. Jest to obraz niezbywalny. Aż mu zazdroszczę.

- To w takim razie - pytam samego siebie - w czym rzecz?

- Znasz odpowiedź. Przecież czytałeś.

Czytałem i nie sądziłem, że coś tak banalnego jak dziecięcy cmentarz zwierząt (czy raczej cmętarz zwieżąt, bo w końcu dzieci niekoniecznie muszą znać ortografię) może być równie destruktywne dla takiej nietuzinkowej miłości.

Ale gdyby tak się dobrze przyjrzeć, ciemne moce, które w pewnym sensie łączą się z owym tajemniczym miejscem, wykorzystały miłość Louisa, by zniszczyć życie rodziny Creedów! Bo czymże kierował się ten inteligentny lekarz, aby zrekonstruować swoje życie po nagłej tragedii, która w pierwszej kolejności dotknęła jego ukochanego synka...

- Nie! Nie mów! - krzyczę - Błagam!

- Nie powiem...

Chyba trudno się nie zgodzić z tym, że King buduje historie dalece wiarygodne, tak jakby opisywał oglądaną własnymi oczyma rzeczywistość. Tak jest i tym razem - w "Cmętarzu zwieżąt". Jego historia, od początku do samiusieńkiego końca, jak bardzo by nie była przepełniona krwią, magią, okultyzmem, albo po prostu zwyczajnością i codziennością, dzięki kunsztowi Kinga zdaje się historią namacalną! Cóż za niesamowity dar do przekonywania czytelnika o realności pisanych słów. A to wszak pierwszy stopień do istnego piekła.

Gdy czytelnik uwierzy, że rodzina Creedów to prawdziwa, istniejąca amerykańska rodzina, King przechodzi do etapu drugiego. Wstrząsa rodziną poprzez makabryczną tragedię. Ot, zwykły wypadek...

- Błagam, wyparłem to z pamięci, nie chcę byś to przypominał!

Wypadek, który zmienia bieg spraw. Coś trzeba z tym zrobić, tym bardziej, że nadarza się ku temu okazja. Jest szansa na powrót do względnej normalności. Cóż z tego, że za pomocą nieczystych sił, których tajemnicę kryje cmentarz zwierząt. Ważne żeby znów było po staremu. Było we względnym porządku. Względnym.

Lecz być tak nie może. I prowadzi to do kolejnych tragedii. Tragedie prowadzą do chęci powrotu do stanu poprzedniego i w ten sposób koło nieszczęść się zamyka.

King pokazuje, że to wszystko siedzi w naszej psychice. To nie jakieś ciemne moce każą drążyć pod sobą grób Creedów. One tylko podsuwają mu pomysł, niewybredną sztuczkę na powrót do przeszłości. Lecz to nie będzie podróż przez czas, a przez życie i śmierć.

W ten sposób poznajemy psychikę człowieka. Wiemy jak wiele jest w stanie dać za odzyskanie ukochanych osób. Jak wiele jest w stanie poświęcić - w tym i siebie, a w ostateczności i ich samych!

To wszystko siedzi w naszych głowach. Szatan nawet nie namawia. On pokazuje alternatywy, inne, tajemne drogi. To my wybieramy ścieżkę, którą będziemy kroczyć. Dobrze wiedząc, co napotkamy po drodze, a co czeka nas na jej samym końcu. To jest najstraszniejsze w tej opowieści.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *