Sian Ka’an. Tam, gdzie rodzi się niebo

W jukatańskiej dżungli panował całkiem przyjemny cień dający ochronę przed żarem lejącym się z błękitnego nieba wiszącego wysoko ponad koronami drzew. Dotarłem jednak na skraj tej egzotycznej puszczy, trzeba było więc ją powoli opuścić, by udać się dalej. Tym bardziej, że moim oczom ukazał się brzeg, a na brzegu prosta drewniana przystań, kilka małych łodzi motorowych i kręcący się na pomoście ludzie.

Jednak, choć jest to przystań, ja tutaj “nie przystanę”, lecz ruszę ku kolejnej przygodzie. Leniwej, acz zarazem ekscytującej eksploracji lasów namorzynowych rezerwatu biosfery Sian Ka’an we wschodniej części Jukatanu.

Niebiańskie źródło

Płynąc przez rozległą i płaską taflę czystej wody, której błękit zlewa się na horyzoncie z błękitem nieba, zaczynam rozumieć majańską nazwę tego zachwycającego rezerwatu. Sian Ka’an znaczy bowiem: “tam, gdzie rodzi się niebo”. I tak to też wygląda. Że tu, zaiste, swój początek ma płachta rozwieszona na nieboskłonie.

Swój początek ma tutaj również wiele istot brodzących w lagunie lub chłepczących życiodajną wodę, która snuje się pomiędzy gęsto posplatanymi konarami lasów mangrowych. Jest tu bowiem ponad 1000 gatunków roślinności, między 300 a 400 gatunków ptaków, setki rodzajów motyli, chrząszczy, skorupiaków, ssaków, wodnych bezkręgowców… A pośród tego wszystkiego znajdują się żółwie, manaty, jaguary, pumy, oceloty, pekari, paki, hirary, tapiry, kormorany, flamingi żabiry amerykańskie, wyjce… Można wymieniać w nieskończoność. Choć to tylko, lub aż, ponad pół miliona hektarów powierzchni. Grubo ponad pół miliona.

Płyniemy. Łódź terkocze, woda szumi, wokół nas błękit.

Nim jednak do namorzyn dopłyniemy, a właściwie do naturalnego tunelu pośród nich, przepływamy nad podwodną studnią krasową (tzw. cenote), a później podpływamy do pięknego skrawka lądu. To Wyspa Małp gęsto porośnięta przez roślinność dżungli oraz dominujące nad nią, wznoszące się wysoko w górę palmy. Choć, co ciekawe, nie ma tu ani jednej małpy. Kiedyś ponoć były. Teraz mieszkają zupełnie gdzie indziej. Ale nazwa została.

I znów płyniemy. Z otwartego akwenu jednej z kilku lagun Sian Ka’an prosto w wąski naturalny kanał, w którym nasza łódź mieści się niemalże na styk – to jedną, to drugą burtą niemal ocierając się o mangrowe ściany.

A wysoko ponad naszymi głowami praży słońce.

Na granicy Majów

Docieramy wreszcie do małej przystani, przy której podstarzały już kapitan cumuje swoją łódź (choć to dość górnolotne określenie, jak na “kierowcę” kilkuosobowego środka transportu) . Na brzegu, nieco dalej za zaroślami, natrafiamy na niewielką, choć charakterystyczną dla tego regionu konstrukcję – jest to dawna budowla graniczna Majów. Dziś już będąca skromną ruiną, lecz dawniej pełniąca jakże ważną, wręcz dostojną funkcję urzędu celnego, czy też miejsca poboru cła od osób przekraczających przebiegającą tędy granicę! Co jednak ciekawe, nie na ręce urzędników owe cło miało być wówczas składane, lecz w ofierze pradawnym bóstwom…

Na moje szczęście instytucja ta już nie funkcjonuje, wszak siedząc w kąpielówkach i kamizelce ratunkowej niewiele mam przy sobie, by czymkolwiek uiścić należytą opłatę. Jeno aparat w dłoni… Pozostaje tylko mieć nadzieję, że dawni majańscy bogowie nie będą czuć z tego powodu urazy.

Leśny spacer… wpław

Płacąc cło, czy też tego nie czyniąc, granicę i tak muszę przekroczyć, choć dla mnie będzie to granica między gęsto porośniętym lądem a przejrzyście czystą wodą. Nim jednak zanurzę się w wodach Sian Ka’an, meksykański przewodnik pokazuje, jak właściwie na dalszą część tej przygody założyć kamizelkę ratunkową. Mianowicie: zdjąć ją z ramion i założyć na uda, niczym dziecięcą pieluchę. Wszystko po to, aby wygodnie unosić się na powierzchni czystej wody i dać się ponieść spokojnemu nurtowi… I tak płynąć przez 10 minut. Przez 20 minut. Przez godzinę…

Meksykański przewodnik wspomina w międzyczasie coś o jaguarach i panterach, padają stwierdzenia o krokodylach… na szczęście jednak widzę przede wszystkim ptactwo, co prawda niekiedy do złudzenia przypominające sępy (sic!), ale i czasem piękne, dostojne białe ptaki podobne do znanych mi żurawi. Nie ma więc co panikować. Trzeba dać się ponieść…

…dać się ponieść spokojnemu nurtowi wodnego szlaku prowadzącego pośród namorzyn.

Bez obaw i bez stresu.

Krokodyle są przecież gdzieś nieco dalej, brodzą w innej lagunie Sian Ka’an. Tutaj jest cicho i spokojnie.

A jednak jest to, mimo wszystko, emocjonująca przygoda w miejscu narodzin nieba.

Sian Ka’an. Tego się nie zapomina.


Przeczytaj też:

Na Jukatanie można zanurzyć się nie tylko w wodach rezerwatu Sian Ka’an, ale i w… podziemnej otchłani. Przeczytasz o tym w tekście pt. „Podziemny Jukatan”.

A może jednak wolisz zwiedzanie majańskich ruin? Pobliska Cobá pozwoli Ci to zrobić w tempie… rowerowym.

 

8 thoughts on “Sian Ka’an. Tam, gdzie rodzi się niebo

  1. Płynęłam z Tobą, łódką -)
    Krokodyle mnie nie pożarły. Lubię lasy mangrowe,bo mają w sobie jakąś magię i tajemnicę.Zawsze sobie wyobrażam,że tam siedzą jakieś stwory i mnie obserwują.Nie wiem,czy bym wlazła do tej wody.
    Uwielbiam lasy deszczowe,dżungle i to jest dla mnie obcowanie z przyrodą.
    Piękna przygoda,fajnie się czytało.
    Pozdrawiam-)

Pozostaw odpowiedź Joanna / www.bogielczykdlakobiet.com/blog/ Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jeśli chcesz dodać komentarz, wpisz wszystkie cyfry (arabskie, rzymskie lub ilość kropek) widoczne na poniższych grafikach. *