Amerykański trener przybywa do Europy, aby wziąć pod swoje skrzydła zawodników zupełnie innej dyscypliny, niż miał to w zwyczaju robić dotychczas… Zamiana futbolu amerykańskiego na piłkę nożną – nie tylko bez wcześniejszego doświadczenia w tej dyscyplinie, ale i bez wiedzy na temat zasad tej gry – to brzmi jak nadejście totalnej katastrofy. Lecz czy rzeczywiście “Ted Lasso” zapowiada ową katastrofę?

Nie serialową. To trzeba przyznać od razu, że serial ten jest jak najbardziej udany i bawi widza od pierwszych minut, trzymając się tej śmiesznej wersji w każdym kolejnym odcinku (choć trzeci sezon jakby trochę spuszczał z tonu). Jeśli zaś chodzi o wyniki drużyny… No cóż, nie będę zdradzał fabuły i tego, dokąd ona zmierza. Nie chcę psuć widzowi zabawy. Ale chcę zaznaczyć, że pomiędzy głupotkami, które mają rozweselić widza, pojawiają się też życiowe prawdy lub życiowe mądrości, które temu samemu uśmiechniętemu widzowi powinny dać też nieco do myślenia. Na temat dystansu do życia, na temat problemów, jakie kryją się nawet za najbardziej wesołymi twarzami, na temat otaczającej nas rzeczywistości, zbudowanej wokół celebrytów… a zapominającej o zwykłym szarym człowieku. Owszem, jest też tutaj zderzenie kultur – amerykańskiej i brytyjskiej – niby jedna wywodzi się po części od drugiej, a jednak jak wiele jest tutaj różnic, przyczyniających się do powstania mniej lub bardziej zabawnych sytuacji! Można też w końcu poczuć tutaj klimat brytyjskiej społeczności żytej wokół klubu piłkarskiego, poczuć się jak na meczu ligi angielskiej, uśmiać się, ale i wyciągnąć z tego serialu coś pozytywnego, coś dobrego. Popłakać się nie tylko ze śmiechu, ale i wzruszyć się nad niektórymi sprawami, które w jakimś stopniu dotykają i nas samych.

Nie ukrywam, że do “Teda Lasso” podchodziłem na początku z dystansem, ale serial przekonał mnie do siebie szybko. Nie tylko tym, że ma on lekkie, zabawne zabarwienie, że jest wesoły ze swej natury. Ale też tym, że chce nam coś przekazać. Że chce powiedzieć o czymś, co gubimy we współczesnym świecie, a odbiera to nam… no właśnie, odbiera nam zwyczajną radość z życia. A “Ted Lasso” próbuje ją przywrócić. I wychodzi mu to lepiej, niż trenowanie drużyny piłkarskiej. A może wcale tak źle mu owe trenowanie nie wychodzi? Sprawdź!


Przeczytaj też:

Szukasz czegoś, dzięki czemu się pośmiejesz? Sprawdź moją komedię „Bezdech tropików”!

A może Wielka Brytania interesuje cię podróżniczo? Zatem wybierz się razem ze mną na zwiedzanie Bath.