Bath znaczy coś więcej niż łaźnia

14,5 mili na wschód od Bristolu, leżącego w południowo-zachodniej części Anglii, znajduje się miejscowość usadowiona wzdłuż brzegów rzeki noszącej wdzięczną nazwę Avon. Wiele wieków temu, mieszkający tu Rzymianie, nazwali tę siedzibę Aquae Sulis. Nie byli oni jednak pierwszymi osadnikami na tych ziemiach, wszak wspomniana łacińska nazwa odnosiła się do bogini Sulis, której pokłony bili mieszkający tu wcześniej Celtowie. Zresztą, podobieństwa pomiędzy Minerwą a Sulis ułatwiły Rzymianom narzucenie swojej kultury, z kolei Celtom przyswojenie i przyjęcie kultury obcej, po tym gdy Cesarstwo Rzymskie u szczytu swej potęgi wchłonęło ziemie współczesnej Anglii. A obecność Rzymian w tym zakątku Wielkiej Brytanii dziwić nikogo nie powinna, wszak to jedyne naturalne gorące źródło na terenie wielkiej wyspy. Nie było więc w promieniu kilkuset mil lepszego miejsca na wybudowanie łaźni, które tak bardzo starożytni Rzymianie kochali, a z których przez wieki znane było Aquae Sulis, a dzisiejsze Bath.

Zanurzyć się w starożytności

Ponad 220 kilometrowa podróż (co w lokalnych miarach daje ponad 150 mil) ze wschodniego Londynu do miasta położonego w hrabstwie ceremonialnym Somerset, będącym częścią półwyspu Kornwalijskiego, nie zapowiadała się nazbyt optymistycznie. Wszystko wskazywało na to, że dzień ten będzie istną łaźnią – chłodną kąpielą prosto z nieba. Na szczęście długa trasa dała pogodzie szansę i czas na poprawę, a ta szansę tę wykorzystała i rzecz jasna poprawiła się. Może nie spektakularnie, ale zmiana była wystarczająca by bezproblemowo zwiedzić to spokojne angielskie miasteczko…

Choć, tak po prawdzie, łaźnia całkowicie ominąć mnie nie mogła. Tak czy inaczej znajdowała się ona przecież w planie dnia, a dokładnie na wytyczonej wcześniej przeze mnie trasie zwiedzania. Nie była to jednak deszczowa kąpiel, lecz łaźnia rzymska, wybudowana około 60 – 70 roku n.e., znacznie przyjemniejsza dla oka niż podniebna szaruga i słota. Tym bardziej, że przyozdabiały ją długie, smukłe kolumny stojące nad wejściem do niej i podtrzymujące dach budowli, zapraszając tym samym do środka, gdzie można poznać, czy wręcz zasmakować dawnego luksusu, jakim niegdyś raczyli się Rzymianie. Wszak, oprócz ciepłych wód o temperaturze 46,5°C budowla ta po dziś dzień skrywa w sobie pijalnię wód leczniczych, których słaby posmak jajek, mydła i metalu jest w stanie postawić chorych na nogi już na samą myśl o piciu tak egzotycznej mieszanki.

Oczywiście, na przestrzeni wieków łaźnia ta była wielokrotnie przebudowywana, choćby w XII wieku przez biskupa o francuskich korzeniach – Jana z Tours, czy w XVIII wieku przez kolejnych Janów: Johna Wooda Starszego i Johna Wooda Młodszego, później przez Johna Palmera oraz, tak dla odmiany, przez Thomasa Baldwina. Wszystko po to, by dziś można było podziwiać okazałą, przyzwoicie zachowaną budowlę pamiętającą jakże odległe czasy starożytności.

Niecodzienne opactwo, niecodzienny most

Tuż obok słynnej łaźni znajduje się mniej znane, lecz nie mniej piękne opactwo. Bath Abbey, czy też opactwo świętego Piotra i świętego Pawła to normański kościół na planie krzyża, świątynia której korzenie sięgają nawet VII wieku n.e. Nie jest to jednak oryginalna budowla z tamtego okresu, gdyż była ona wielokrotnie przebudowywana w X, XII i XVI wieku, choć najszerzej zakrojonych prac renowacyjnych podjął się w latach ‘60 XIX wieku sir George Gilbert Scott. Dziś jest to jeden z ciekawszych w Anglii przedstawicieli architektury gotyckiej z tzw. trzeciej fazy tego stylu (określanego jako Perpendicular), choćby dlatego, iż jego wnętrze charakteryzuje się niezwykłym sklepieniem wachlarzowym. I nie jest to jedyny element tego miejsca, który może zachwycić, bądź zdumieć nawet wytrawnego wędrowca, wszak około 80% przestrzeni ścian świątyni zajętych jest nie przez kamień, a przez szkło – a dokładniej przez 52 okna! Z kolei wysoka na 161 stóp (tj. 49 metrów) wieża nie jest kwadratowa, jak to zwykle bywa w tego typu budowlach, lecz prostokątna. Na szczyt tak niecodziennej wieży można dostać się schodami, których jest tutaj aż 212… A na szczycie? A na szczycie znajduje się 10 dzwonów, które zawieszone są, jakżeby inaczej: dość nietypowo – od najwyższego do najniższego w kierunku przeciwnym do ruchu zegara.

Nieco dalej za opactwem znajduje się nie tak stary jak świątynia most, choć podobnie jak ona, na swój sposób zadziwiający. Pulteney Bridge, którego budowę przeprowadzono w latach 1769 – 1774, powstał z myślą o połączeniu starego miasta z nowo wybudowanym Bathwick. Sam most jest namacalnym przedstawicielem palladianizmu, tj. stylu inspirowanego twórczością Andrea Palladio, zwolennika funkcjonalności i klasycznego monumentalizmu. Nie to jednak jest w tej konstrukcji najbardziej zadziwiające, co raczej fakt, że jest to jeden z czterech na całym świecie mostów, które po obu swych stronach są zabudowane na całej swej długości przez sklepy. Najpiękniej jednak prezentuje się on nie z bliska, podczas spaceru pomiędzy tymi sklepami, co raczej z oddali, z której to można doglądać spokojnie płynących wód rzeki Avon, leniwie snujących się pod trzema kamiennymi przęsłami. Te ostatnie mocno prężą swe grzbiety, by pewnie dźwigać solidną konstrukcję o długości 148 stóp (45 metrów) oraz szerokości 58 stóp (18 metrów).

Georgiańskie figury: łuk, okrąg i wielokąt

Spacerując po Bath i udając się na północny-zachód od rzymskich łaźni, natrafimy na mapie na trzy kształty, na które szczególnie warto zwrócić uwagę. A zwrócić uwagę należy na nie zarówno na mapie, jak i w rzeczywistości. Pierwszy z kształtów to łuk, jaki utworzony jest przez szeregową zabudowę domostw znajdujących się przy ulicy Royal Cres. Tworzą one wysokie na 50 stóp (15 metrów) i długie na 500 stóp (150 metrów) Royal Crescent, które przyozdobione jest 114 jońskimi kolumnami, każda o średnicy 30 cali (76 cm) i wysokości 47 stóp (14,3 metra). Ten jakże charakterystyczny dla Bath budynek bardzo często jest dziś mocniej kojarzony z tą miejscowością niż rzymskie łaźnie, choć przecież powstał on dużo, dużo później od nich. Wszak budowa Royal Crescent miała miejsce dopiero w latach 1767 – 1774. Warto przy tym zaznaczyć, że projektantem budowli był wspomniany już przy okazji renowacji rzymskiej łaźni niejaki John Wood Młodszy. Dziś jest to przede wszystkim doskonały, choć nie jedyny w Bath, przedstawiciel architektury georgiańskiej.

Podążając na wschód od Royal Crescent, spacerując wzdłuż Brock Street, dotrzemy do kolejnej figury na mapie, lecz tym razem jest nią nie łuk a okrąg. Tworzy go długi na 700 stóp (200 metrów) ciąg budynków zaprojektowanych przez Johna Wooda Starszego, a wybudowanych w latach 1754 – 1768. Co ciekawe, inspiracją dla stworzenia tej konstrukcji na planie koła było prześwietnej sławy Stonehenge, którego średnica (325 stóp – 99 metrów) jest nawiasem mówiąc zbliżona do średnicy konstrukcji z Bath (318 stóp – 97 metrów). Tę ostatnią dawniej zwano King’s Circus, a dziś po prostu The Circus. Co ciekawe, fasady tworzących ją domostw ozdobione są osobliwym frezem przedstawiającym: roślinne oraz magiczne symbole, maski, instrumenty muzyczne, czy wreszcie rozmaite sceny z życia zwierząt, jak gdyby nawiązując do tajemniczości i magiczności Stonehenge. Całość, podobnie jak The Royal Crescent, jest jednym z ciekawszych przykładów georgiańskiej architektury w Anglii.

Nieco dalej, wzdłuż Bennett Street, leży kolejna, tym razem nie obła a kanciasta figura na mapie – a dokładniej: nieforemny wielokąt. Jest to zaprojektowany przez Johna Wooda Młodszego i wybudowany w 1771 roku budynek Assembly Rooms, będący rzecz jasna kolejnym typowym przedstawicielem… georgiańskiej architektury. Jednak, poza jego zewnętrzną formą również i we wnętrzu możemy znaleźć coś interesującego: długą na 100 stóp (30 metrów) salę balową, którą oświetlają XVIII-wieczne żyrandole, ośmiokątną salę do gry w karty, galerię dla muzyków oraz herbaciarnię z kolumnami i zasłonami. Warto tutaj zaznaczyć, iż opisywana sala balowa jest największym georgiańskim wnętrzem w całym Bath. Natomiast w podziemiach tegoż budynku znajduje się Museum of Costume (Muzeum Ubioru), będące swego rodzaju przekrojem przez różne style modowe w historii. Jest to więc podwójna podróż przez przeszłość cywilizacji ludzkiej – architektoniczna oraz modowa.

Gwizdek na zakończenie…

Zupełnie szczerze przyznam, że nie wiem, czy sędziowie podczas gry w krykieta używają gwizdków, jak ma to miejsce w wielu innych sportach. Ale tak jak na zakończenie mojej wizyty w Bath miałem okazję obserwować przez chwilę graczy lokalnej drużyny w akcji, tak i Ty, Drogi Czytelniku, zapoznając się z moimi wspomnieniami możesz ujrzeć kilku graczy w śnieżnobiałych strojach biegających po zielonym boisku oraz usłyszeć dźwięk piłki wykonanej z korka uderzającej o kij z drewna wierzbowego… i właściwie nic poza tym, bo nie ukrywam, że zasady gry w krykieta są dla mnie zupełnie obce.

Miło było jednak zetknąć się ze sportem, którego nie widzi się na co dzień na własnym podwórku, a który narodził się już w XIII/XIV wieku właśnie tu – w Anglii.

3 thoughts on “Bath znaczy coś więcej niż łaźnia

  1. Wydawać by się mogło, że czas się zatrzymał, a jednak nie. Anglia to nie tylko Londyn, ma przecież tak wiele do zaoferowania! Super poczytać o czymś innym niż stolica UK! Pozdrawiam 🙂

  2. Rzetelny i kompletny tekst. Muszę w końcu uderzyć do Anglii – trochę bardziej niż ‚po londyńsku’. Jesteś kolejną osobą, która uświadamia, że warto 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jeśli chcesz dodać komentarz, wpisz wszystkie cyfry (arabskie, rzymskie lub ilość kropek) widoczne na poniższych grafikach. *