Jak São Lourenço obnaża Maderę?

Rozgrzana do czerwoności lawa wypłynęła z otchłani prehistorycznego oceanu – najpierw jedna erupcja, później jeszcze jedna i następne: trzecia, czwarta, piąta… każda kolejna pokrywając warstwą magmy dzieło poprzedniej wulkanicznej eksplozji. Z jednej strony dzieło jakże impulsywne, nieobliczalne, pełne energii, nagłe, niespodziewane, intensywne. Z drugiej strony, dzieło powolne, mozolne, rozciągające się na przestrzeni milionów lat. Bowiem wulkaniczna aktywność, która wykreowała Maderę, rozpoczęła się 10 mln lat temu. A jej kres miał miejsce zaledwie 800 tys. lat temu.

Niedawno. A zarazem tak dawno temu.

Dziś lawa zastygła. Na niej zrodziła się Madera. Choć nie jest wykluczone, że jeszcze kiedyś wulkany się przebudzą i dokończą swoje dzieło. Bo czy można powiedzieć, że jest ono skończone, skoro wyspa ciągle się zmienia – w powolnym procesie erozji, skalnych osuwisk, błotnych lawin? Choć przy tym wszystkim jest ona zarazem nieskończenie… piękna.

Jednak póki co, Maderę można, a nawet trzeba, podziwiać w spokoju. Będąc zarazem podekscytowanym jej różnorodnymi krajobrazami.

Nie ignoruj potęgi natury

Przylądek São Lourenço był bodaj pierwszym punktem Madery, poza jej stolicą Funchal, na który trafiłem podczas swojej podróży. Wypalony słońcem i smagany wiatrem wschodni koniuszek wyspy zagubionej gdzieś na wodach Atlantyku. Zaparkowałem auto na końcu drogi, obok niecodziennego rondo, które raczej służyło jako miejsce do zawracania i parkowania, niż skrzyżowanie kierujące samochody w rozmaite strony świata. Tutaj bowiem droga się kończyła. Ta samochodowa. Bo piesza dopiero się zaczynała.

Drewniany podest, u początku szlaku, zmylił mnie zupełnie, osłabiając tym samym moją czujność. Myśl, która wówczas zagnieździła się we wnętrzu mojej czaszki, brzmiąca w mniejszym lub większym przybliżeniu: „to będzie łatwa trasa” sprawiła, że szybko zrezygnowałem z zamiaru zmiany obuwia na bardziej adekwatne na górzyste tereny. A miałem je przecież ze sobą, w bagażniku. Wystarczyło je wydobyć z tyłu auta i nasunąć na stopy. Tymczasem wolałem pozostać przy miejskim obuwiu, chcąc jak najszybciej udać się na szlak.

Może uśpił mnie fakt, że 15 minut wcześniej uniknąłem śmierci? Albo przynajmniej poważnego uszczerbku na zdrowiu? Właśnie wtedy, gdy portugalski kierowca, wbrew przepisom przeciął w poprzek trasę, którą jechałem, i tylko intuicja kazała mi ułamek sekundy wcześniej ostro zahamować. Postanowiłem po tym wszystkim oddać się pełnej radości z życia? Uwierzyłem w chroniącą mnie niewidzialną tarczę? Limit intuicji i wyczucia został dziś już wyczerpany?

A może wręcz przeciwnie – miałem właśnie wstąpić na cierpiętniczą drogę, aby odkupić dozę szczęścia, która towarzyszyła mi na asfaltowej drodze – cierpieniem na drogach Św. Wawrzyńca? Choć przecież, ponoć to święty, który według wierzeń ratuje ludzkie dusze z czeluści czyśćca…

Jeden fakt jest niepodważalny: drewniany podest na początku trasy na półwyspie São Lourenço dość szybko się skończył i niewysokie obuwie z płaską podeszwą okazało się bolesnym wyborem na kamienistej trasie. A przynajmniej: męczącym.

Korzenie wulkanów

Wędrując wzdłuż skalistego wybrzeża przylądka São Lourenço doskonale, jak na dłoni, widać wulkaniczne korzenie Madery. Klify wznoszące się ponad wodami oceanu sprawiają wrażenie, jakby były umyślnie przygotowanym przekrojem wyspy, obnażającym jej kolejne warstwy skalne, wyrysowane na kamiennych ścianach w podłużne, różnokolorowe pasy. Niczym korzenie drzewa penetrujące podłoże w poszukiwaniu wody. Albo niczym kolejne warstwy budulca, z jakiego kolejne pokolenia morskich bóstw wyspę wiecznej wiosny budowały na przestrzeni miliardów lat. Albo bardziej przyziemnie, po prostu, jako efekt sił natury: kolejne warstwy rozlewającej się magmy, następnie zastygłej i powoli, powoli rzeźbionej przez erozję – siły wiatru i nieubłaganą moc deszczu.

Madera to bez najmniejszych wątpliwości córka wulkanów, a São Lourenço to odsłonięta noga tej niewiasty, wystająca spod sukni uszytej z wawrzynowych lasów i ozdobionej ściegami lewad, choć nieco pogniecionej skalistymi wzniesieniami i głębokimi dolinami. Noga ta – naga łydka – zdradza pochodzenie tej jakże ponętnej niewiasty. I drzemiący w niej gorący temperament.

Nie dajcie się więc zwieść powierzchowną surowością przylądka São Lourenço. Potrafi bowiem Madera rozgrzać nawet najzimniejsze dusze. Niekoniecznie słońcem i temperaturami, lecz z pewnością swoimi urokami. Ale być może już o tym wiecie, jeśli już wcześniej zapuściliście się w inne rejony tej niezwykłej wyspy…

Powrót

Po dotarciu na kraniec przylądka, nie ma alternatywnej drogi powrotu i ku punktowi startowemu udajemy się tą samą trasą. Ścieżką, którą już poznaliśmy.

Czy aby na pewno “poznaliśmy”?

Nie dajmy się zwieść złudzeniu, że poznaliśmy już Maderę. Bo wszelkie nasze wyobrażenia, które stworzyliśmy w naszych głowach podczas wędrówki po którymkolwiek zakamarku wyspy, pozostaną tylko wyobrażeniami. Madera jest nieobliczalna. Piękna i niebezpieczna. Fascynująca!

I niepowtarzalna. A półwysep São Lourenço to dobry początek – gra wstępna – przed poznaniem reszty Madery.


Przeczytaj też:

Gdy zapragniesz zagłębić się w Maderę nieco bardziej, koniecznie odwiedź groty wulkaniczne w São Vicente.

A jeśli jednak, zamiast natury, chcesz popodziwiać dzieło człowieka, udaj się do stolicy Madery tj. do Funchal.

7 thoughts on “Jak São Lourenço obnaża Maderę?

    1. Z całą pewnością dobrze, że sytuacja na drodze, o której pisałem, przydarzyła się zaraz po wypożyczeniu auta, kiedy jeszcze próbowałem wyczuć zarówno auto, jak i lokalnych kierowców. Z tego powodu było we mnie więcej ostrożności.

Pozostaw odpowiedź Joanna Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jeśli chcesz dodać komentarz, wpisz wszystkie cyfry (arabskie, rzymskie lub ilość kropek) widoczne na poniższych grafikach. *