Są takie filmy, do których podchodzisz z dystansem i z góry nie oczekujesz od nich zbyt wiele. Dla mnie takim filmem było “Słońce i miłość”, które miało mnie przenieść do słonecznej Grecji i uraczyć niezobowiązującą romantyczną historią okraszoną dobrym humorem. Przynajmniej tak twierdził twórca opisu filmu. Bo, jak wspomniałem na początku, nie oczekiwałem od tej produkcji zbyt wiele.

A mimo tego trochę się zawiodłem. Nie, nie jest to film tragiczny, to bardzo luźna, wręcz pod wieloma względami bardzo naiwna opowieść o archeologu, który przybywa na grecką wyspę, by szukać wspaniałego skarbu… a znajduje miłość (choć miłość też może być skarbem, czyż nie?). Tradycyjnie jednak coś musi stanąć na drodze tej miłości, a bohater musi ową przeszkodę pokonać. Jednak mam wrażenie, że “Słońce i miłość” jest aż nazbyt naiwne, a cała fabuła toczy się jakby… w przyspieszonym tempie. Bohaterowie nawet nie mają czasu jakoś specjalnie się poznać, porozmawiać, uraczyć się wzajemnie zalotami, a już są w sobie zakochani i wskakują razem zupełnie nago do morza. Tak, wiem, bywają ludzie bardzo spontaniczni i temperamentni, ale spokojny, wyważony archeolog Eric ani trochę kogoś takiego nie przypomina. Reprezentowany przez niego charakter wręcz gryzie mi się z tym, co dzieje się na ekranie.

Tak, wiem, to miał być niezobowiązujący seans z niezobowiązującą komedią romantyczną. Ale przecież i w tym gatunku da się robić dobre filmy. Nie trzeba robić czegoś, co z góry nie ma szans niczym się wyróżnić. Czegoś, co ma być jedynie kolejnym tytułem w szeregu innych. Jakąś taką filmograficzną masówką, przed którą stoi kilka prostych zadań: być tanio wyprodukowaną, zarobić na siebie z nawiązką, by dzięki tym funduszom przejść do kolejnej… podobnej produkcji.


Przeczytaj też:

A może wolisz poznać ten starożytny kraj lepiej? Zatem wybierz się ze mną w wirtualną podróż do Grecji.