Funchal pod górę, z góry i w poprzek

Funchal.

Czyli co? Uprawa kopru? Tyle wszak nazwa ta znaczy w języku portugalskim. Kopru tu jednak nie widzę, a raczej ocean i wynurzające się z niego góry. A na zboczu tych góry wyrastają palmy, trawy, kwiaty… i domostwa z odpadającym tynkiem.

Oto stolica Regionu Autonomicznego Madery.

Wybrzeżem – od fortu do króla sportu

We wschodniej części miasta, tam gdzie rozpoczyna się moja wędrówka poprzez ulice i uliczki Funchal, znajduje się dość osobliwa budowla, zresztą szybko się ona rzuca w oczy ze względu na charakterystyczny żółty kolor jej murów. Już po kształcie budowli nietrudno domyśleć się, jaką niegdyś funkcję pełniła. Jest to wszak fort św. Jakuba (Fortaleza de São Tiago), którego budowę rozpoczęto w 1614 roku, jednak nie tak od razu prace nad nim dobiegły końca. Mianowicie konstruowanie tego fortu przeciągało się w czasie przez kolejnych 50 lat, pomimo faktu, że był on niezbędny, aby bronić miasto przed niebezpiecznymi piratami. A obawy przed morskimi rabusiami nie były wcale bezpodstawne, wszak wystarczy wspomnieć, iż w 1566 roku francuscy korsarze pod wodzą kapitana Pierre’a Bertranda de Montluca plądrowali miasto przez dwa tygodnie! Na szczęście, tamte czasy to odległa przeszłość i dziś już piraci tutaj nie grasują, dlatego fort można zwiedzić – po prostu – jako pomnik po wojowniczych czasach Madery.

Będąc przy forcie, warto udać się również na jego tyły, gdzie znajduje się Igreja de Nossa Senhora do Socorro (kościół Matki Boskiej Nieustającej Pomocy), przez innych mieszkańców Funchal zwany również Igreja de São Tiago (kościół św. Jakuba), a jeszcze przez innych Igreja de Santa Maria Maior (kościół Matki Boskiej Większej). Wydawać by się mogło, że ten bądź co bądź urokliwy kościół jest zbyt mały, aby dzierżyć aż trzy nazwy, posiadać aż trzech patronów, jednak de facto sytuacja ta wynika nie tyle z wielkości świątyni, co z jej burzliwej przeszłości. Dosłownie „burzliwej”. Była ona bowiem niszczona przez trzęsienie ziemi w 1748 roku, następnie przez powódź w 1803 roku, po czym odbudowywano ją i w międzyczasie zmieniono patrona. A dodatkowo miejscowa ludność zaczęła kościół ten określać od nazwy dzielnicy, w której to owa świątynia się znajduje – Matki Boskiej Większej. Bo i dlaczego by nie?

Kościół i fort to doskonały punkt zaczepny, z którego to można rozpocząć wędrówkę poprzez Zona Velha, tj. Stare Miasto Funchal. Wędrując uliczkami, niekiedy artystycznie pomalowanymi, ale i nierzadko obdrapanymi z tynku, jednak tak czy inaczej bez wątpienia urokliwymi, można doskonale poczuć kolonialny klimat tego miejsca, zarówno pod wpływem otaczającej nas architektury, jak i górsko-oceanicznych widoków. W takim to otoczeniu warto przysiąść w jednej z tutejszych knajpek i pokusić się o lokalny specjał, jakim jest chociażby najpopularniejsza tutaj ryba: espada. Ale i nic nie stoi na przeszkodzie, aby powędrować nieco dalej, by dotrzeć do Mercado dos Lavradores, gdzie ową osławioną espadę można ujrzeć w całej okazałości – nie jako pyszne, białe, delikatne mięso na talerzu, lecz jako ciemnego głębokomorskiego stwora, znanego w Polsce jako pałasz czarny. Można też skosztować marakui, co ciekawe – nie o jednym a o wielu smakach i to dość niespodziewanych, jak chociażby pomidorowym, bananowym, czy cytrynowym. U sprzedawców, ochoczo zachęcających do zapoznania się z ich bogatą i jakże kuszącą ofertą, są i inne dary natury, w które to przecież obfituje wyspa Madera – winogrona, karambole, banany, papaje, cerimany i wiele innych. A wszystko, rzecz jasna, nadzwyczaj kolorowe i aromatyczne.

Wędrując dalej na zachód i mijając ratusz miejski oraz kościół św. Jana Ewangelisty (Igreja de São João Evangelista), bądź też pobliską katedrę Wniebowzięcia NMP (Igreja de Nossa Senhora da Assunção), pochodzącą z przełomu XV i XVI wieku, dotrzemy do niewielkiego, lecz jakże urokliwego skwerku pełnego handlarzy kupczących przeróżnymi precjozami. Miejsce to może okazać się doskonałe dla tych, którzy szukają dla siebie oryginalnej pamiątki, choć w moim mniemaniu lepszym rozwiązaniem będzie zajrzenie do Blandy’s Wine Lodge znajdującego się tuż obok tegoż skwerku. A to dlatego, iż można tu zwiedzić tę starą winnicę z wieloletnimi tradycjami, poznając tym samym tajniki wytwarzania wysokiej klasy alkoholi. Nic też nie stoi na przeszkodzie, aby i w owe alkohole się zaopatrzyć. Choćby w lokalne wino, czy mniej typowo – w jaskrawożółty ponch z marakui.

 

Na tym wszystkim nie koniec naszej wędrówki wzdłuż wybrzeża Funchal, wszak idąc dalej na zachód dotrzemy do parku św. Katarzyny, z którego to rozpościerają się całkiem przyjemne widoki – i na miasto, i na ocean. A tuż obok, u stóp parku, znajdującego się nawiasem mówiąc na niewielkim wzniesieniu, usytuowane jest muzeum wciąż grającej legendy piłkarskiej – Cristiano Ronaldo. To właśnie tu, w Funchal, urodził się i stawiał swoje pierwsze kroki w karierze sportowej, i to właśnie tu znajduje się mała świątynia czcząca dokonania tego wirtuoza nie tylko portugalskiej, ale i światowej piłki nożnej.

Niski lot nad Funchal

Choć lotnisko w Funchal uznawane jest za jedno z najbardziej niebezpiecznych na świecie, warto jest zdecydować się na niski lot ślizgowy nad stolicą Madery. Oczywiście nie samolotem, a kolejką linową Teleférico do Funchal, której dolna, południowa stacja znajduje się niedaleko wspomnianego już fortu św. Jakuba. Z kolei górna stacja kolejki ulokowana jest na wzgórzu Monte, dokąd rzecz jasna można dojść i pieszo, ale znacznie szybciej będzie właśnie za pośrednictwem wspomnianej kolejki. Zresztą, nie tylko o prędkość i czas tutaj chodzi, ale i o widoki, jakimi można się raczyć zza szyb niewielkiego wagonika, który to jednostajnym tempem snuje się wzdłuż swojej trasy kilka czy kilkanaście metrów ponad czerwonymi dachami budynków w Funchal. I tak oto z jednej strony rozpościera się przed nami widok na wznoszące się na ponad 1000 metrów góry, z drugiej zaś strony mamy za sobą pejzaż z wpadającym do oceanu wybrzeżem. Aż trudno się zdecydować, gdzie patrzeć – przed siebie, za siebie, czy może na boki?

Monte – szczyt piękna

Na szczycie Monte, na którym swą trasę kończy wspomniany Teleférico do Funchal, znajduje się punkt, czy raczej spora plama zieleni na mapie, oznaczona jako Monte Palace Tropical Garden. Mówiąc innymi słowy – jeden z trzynastu najpiękniejszych ogrodów świata. A mówiąc jeszcze inaczej – niezwykłe miejsce, które podczas obecności w Funchal koniecznie trzeba odwiedzić. Nie tylko ze względu na łyk lokalnego wina, który to wliczony jest w cenę biletu wstępu, ale również, a nawet przede wszystkim, ze względu na piękno samego ogrodu. Ścieżki wijące się poprzez zbocze i prowadzące pośród rozmaitych scenerii wykorzystujących bogactwo i różnorodność roślinności, wodne źródełka i kaskady, a także rozmaite architektoniczne ozdobniki. Wszystko to w przeróżnych konfiguracjach sprawia, że możemy poczuć się tutaj, jak w zupełnie innym miejscu, niż było to dotychczas – poza murami ogrodu. Jakbyśmy byli gdzieś w Azji, a niekiedy i w Ameryce Południowej, a przecież de facto cały czas jesteśmy na europejskiej wyspie u wybrzeży Afryki… Tę ostatnią poczujemy również i za pośrednictwem galerii znajdujących się na terenie ogrodu, w których to prezentowana jest sztuka rodem z Czarnego Lądu.

Sankami po asfalcie

Nie jest tak, że Maderze śnieg jest zupełnie obcy, ale bez wątpienia w krainie wiecznej wiosny nie jest to również zjawisko codzienne. Być może dlatego mieszkańcy Madery wpadli na pomysł, by sankami wyplecionymi z wikliny zjeżdżać z okolic ogrodu Monte Palace Tropical Garden w dół, trasą wiodącą jakieś 2 kilometry pomiędzy domostwami Funchal. Całość, rzecz jasna, po rozgrzanym od słońca i wyślizganym od płóz sanek asfalcie, nierzadko przy prędkościach osiągających nawet do 50 km/h. Ale bez obaw, całość jest pod kontrolą doświadczonych w operowaniu toboganami panów, zresztą eleganckich, tradycyjnie odzianych na biało i ze słomianymi kapelusikami na głowach. Panów, którzy to przy odrobinie dobrego humoru, w zgodzie ze swoim portugalskim temperamentem, uraczą nas hitem sprzed lat. Oczywiście wyśpiewanym przez samych siebie, z lepszą lub gorszą znajomością tekstu oraz z większą lub mniejszą znajomością melodii. Jednak, czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Liczą się wrażenia i emocje, które później kształtują wspomnienia. A te są jak najbardziej pozytywne. Każdy kto na toboganach zjeżdżał, ten wie, że inne być nie mogą.

Funchal.

Na prawdę nie widziałem tu nigdzie kopru. Ale widziałem i przeżyłem znacznie więcej. Wystarczająco, by umysł ciągle domagał się powrotu na Maderę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jeśli chcesz dodać komentarz, wpisz wszystkie cyfry (arabskie, rzymskie lub ilość kropek) widoczne na poniższych grafikach. *