Kijów walką żyje

Nad miastem unosi się szara smuga dymu. Czyżby kijowski euromajdan ożył na nowo swoim energicznym bytem pełnym samobójczej desperacji? Przecież tamta historia, jakże zresztą niegdyś głośna i medialna, zdaje się być już zamkniętym rozdziałem…

Tymczasem zbliżam się dość szybko, jadąc busem i widzę tę scenę coraz wyraźniej – to po prostu pożar. Albo i nie taki “po prostu”, bo im bardziej do owej ciągnącej się ku niebu smugi się zbliżam, tym mocniej uświadamiam sobie, że gdzieś tam właśnie jest cel mojej dzisiejszej podróży – wysoki budynek budżetowego hotelu Tourist. Tymczasowego przystanku na mojej drodze do Czarnobyla.

To pożar. Ale czy to hotel płonie? Będę miał gdzie odsapnąć i zostawić bagaże, by jeszcze choć przez kilka godzin pozwiedzać stolicę Ukrainy?

Jestem coraz bliżej celu, a każde kolejne kilkadziesiąt przebytych metrów przybliża mnie do prawdy i powoli rozwiewa wszelkie wątpliwości. Rzekłbym wręcz, że efekt paralaksy wszystko wyjaśnia – smuga dymu przesuwa się coraz bardziej na bok od obranego przeze mnie azymutu. Coś płonie, ale na szczęście nie jest to mój hotel. Oczywiście, dla mnie: “na szczęście”. Bo to, co dla mnie jest szczęściem, dla kogoś jest bez wątpienia niezmiernym pechem.

Udaje mi się i dojeżdżam wreszcie do hotelu, którego zgodnie z oczekiwaniami nie trawi pożar, choć prawda jest taka, że i bez tego jest on w dość mizernym stanie. Lata zaniedbań i niedoinwestowania zrobiły swoje. Ale to nie szkodzi, to ma być moja przystań tylko na jedną noc. Ale póki co, dzień ledwie wstał.

Czas zostawić część sprzętu w hotelu i ruszać na podbój Kijowa.

Szturm na wzgórze

O poranku ruszyłem na zielone wzgórze u brzegów Dniepru. I choć rejon ten zdaje się silnie umocniony – naszpikowany artylerią, czołgami i innymi machinami wojennymi, to jednak okazuje się, że jest tutaj całkiem spokojnie. Nie tak, jak setki kilometrów stąd, gdzie toczą się boje o Krym, bezwzględne walki między wojskami ukraińskimi a siłami pro-rosyjskimi. Tam przecież prowadzone są regularne bitwy. A tu? A tu jest po prostu muzeum, włącznie z eksponatami z aktualnie toczonego konfliktu, jak chociażby auto terenowe z przestrzeloną na miejscu kierowcy szybą. Kula zapewne trafiła w swój cel. W siedzącego w środku człowieka.

Bez wątpienia jednak dominuje tutaj cięższy sprzęt z poprzednich dekad. Sprzęt już zresztą wysłużony i spędzający na tym wzgórzu, pod gorącym kijowskim słońcem, swoją długą i senną emeryturę. A nad tym wszystkim czuwa Matka Ojczyzna (Батьківщина-Мати), wznosząca swój średniowieczny oręż ku niebu. Tarczę i miecz. Choć miecz ten zdaje się jakby nieco przykrótkawy…

…ach, no tak! Nie mógł być on dłuższy, by nie sięgał wyżej ku niebu niż krzyż nieodległej świątyni. Jak widać, polityka, religia i sztuka przeplatają się ze sobą, nawet w takich formach, jak rzeźba. Ale z drugiej strony, jakże miałoby być inaczej? Rzeźby potrafią być symbolami. A symbole rozbudzają wyobraźnię i poruszają tłumy. Czyli to, w czym lubuje się religia i polityka.

Symbole.

W całej tej przestrzeni geograficzno-politycznej owe ukrócenie oręża ukraińskiej Matki Ojczyzny wydaje mi się być sugestywnym symbolem. Odzwierciedleniem rzeczywistości.

A teraz głęboko w dół

Długo już ruchome schody zjeżdżają w dół.

Nieruchome sylwetki osób jadących ze mną i ten tunel: jakże monotonny, niemalże niezmienny na całej swej długości. Wszystko to sprawia, że czuję się, jakby zacięła się taśma z filmem mojego życia i projektor wciąż wyświetlał tę samą scenkę. Zapętlony akt dramatu pt. “Podziemny Kijów”.

Ale wreszcie całość się odblokowuje i dojeżdżam “do dna” głęboko osadzonego kijowskiego metra. To dobrze. Bo czas najwyższy ruszyć w głąb stolicy Ukrainy, by skosztować jej nieco więcej. Być może nawet pełnymi płucami.

Tak oto docieram wkrótce do dzielnicy znanej jako Paduł (Поділ), najstarszego podgrodzia i głównego ośrodka miejskiego Kijowa w dobie I Rzeczypospolitej. Dziś znajduje się tutaj m.in. Muzeum Czarnobylskie… które właśnie teraz, w momencie, gdy do niego idę, jest zamknięte. Ale to nie szkodzi, mogę chociaż obejrzeć z zewnątrz kilka pojazdów, które kilkadziesiąt lat temu były bohaterami akcji ratunkowej podczas katastrofy w 1986 roku. Taki przedsmak tego, co mam zobaczyć za kilkanaście godzin, już w samym epicentrum katastrofy. W Czarnobylu.

Póki co, jestem jednak w Kijowie.

Spod muzeum spokojnym marszem wędruję na południowy wschód, aż docieram do stacji kijowskiego funikularu (Київський фунікулер), tj. kolejki linowo-terenowej łączącej ze sobą Padół i Stary Kijów. Po kilkunastu minutach oczekiwania w kolejce wreszcie czas na mnie – wsiadam do charakterystycznego wagonu i funikular wyciąga mnie w górę, a dokładniej rzecz ujmując: na wzniesienie, na którym znajduje się jasny, błękitny, wręcz niebiański Monaster św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach (Михайлівський золотоверхий монастир). Szczyty jego wież, zresztą w barwie cennego kruszcu, błyszczą w blasku słońca, tworząc wokół tego miejsca jakąś anielską aurę… jakby na przekór temu, że Kijów tyle ostatnio cierpiał i był wręcz pewnego rodzaju piekłem. Ale może taki jest właśnie cel tej świątyni? Łagodzić ducha swą delikatną, zwiewną estetyką, nawet wówczas, gdy obdarzymy go ledwie przelotnym spojrzeniem?

Czas ruszać dalej.

A może pociągnąć za lejce i ruszyć galopem? Z kopyta? Tak właśnie zdaje się robić znajdujący się nieopodal Chmielnicki we własnej osobie, siedzący na koniu i rwący się do szarży na pomnikowym piedestale. I choć jest to nieruchoma postać, zdaje się być jednak w energiczna i dynamiczna. Ale i pełna dramatyzmu, który jest chyba cechą charakterystyczną ukraińskiej historii. Kto wie, może właśnie patrzę na to, jak rzeźbiarz uwiecznił Bohdana Chmielnickiego (Богдан Зиновій Хмельницький) prowadzącego Kozaków Zaporoskich i chłopstwo ruskie przeciwko wojskom dawnej Rzeczypospolitej? Trudne to były czasy.

Póki co, to tylko dawne wspomnienie. Dzisiejsza Ukraina zdaje się nie rwać do żadnej szarży, rzekłbym że raczej liże rany. Bo choć po dojściu na słynny plac Niepodległości, który szerzej znany jest jako Euromajdan (Євромайдан), można poczuć się tutaj bezpiecznie – nie widać tam już zapór, ludzi z prowizorycznymi tarczami i kaskami budowlanymi, mającymi chronić ich przed snajperskimi kulami rządzącego wówczas reżimu, to jednak tu i ówdzie widać ślady niedawnych walk. Ślady po ogniu, pozostałości dymu i sadzy. Ale nie wątpię w to, że najgłębsze ślady są na sercach rodzin tych, którzy oddali tutaj swoje życie wierząc, że walczą o lepsze jutro. O lepsze jutro XXI-wiecznej Ukrainy. Nie wiem, czy im się udało. Wiem z całą pewnością, że zginęli.

Wiem, że podsumowanie tej historii jest bezlitośnie brutalne. Ale nie ma innego.

Mój (nie)drogi Kijów

Wieczór spędzam z dala od tych kijowskich historii – od bitew, od wojen, od szarżujących wojsk, od tłumu walczącego o swoje lepsze jutro – jestem gdzieś na łodzi płynącej środkiem szerokiego Dniepru i robię coś wręcz nieprzyzwoitego w tej krainie tragicznych historii. Relaksuję się. DJ włącza głośno muzykę – przeplatają się ze sobą syntetyczne dźwięki muzyki elektronicznej, co ciekawe, pośród nich znajduje się “Sub Pielea Mea” autorstwa Carla’s Dreams, które w Polsce stanie się popularne dopiero za kilka miesięcy. Muzyka gra coraz głośniej, piwo smakuje coraz lepiej, a na dworze robi się coraz ciemniej i chłodniej. Podziwiam nocny Kijów i jego kolorowe światła – z dystansu, znad tafli zimnej wody, płynąć to wraz z nurtem, to pod prąd tej potężnej rzeki.

Można by rzec: trochę luksusu w stolicy dużego kraju. Choć… nie czuję tutaj tego luksusu. Płacę za dwa piwa i paczkę przekąsek, podejrzewając że to nadwyręży mój podróżny budżet, ale okazuje się, że nie doceniłem tutejszego rynku. Za wszystko płacę grosze. “Drogie piwo” na nocnym disco-rejsie po Dnieprze… w cenie dyskontowej z Polski? Może i rzeczywiście można się poczuć tutaj jak szlachta przed kilkoma setkami lat. Ale wcale się tak nie czuję. Wcale nie dlatego, że Bohdan Chmielnicki przypomina mi o buntowniczym temperamencie Ukraińców. Kijów, choć pełen potencjału i ciekawych miejsc, wywołuje we mnie po prostu jakieś ponure skojarzenia. Nie to, że mi się nie podobało. Jest to przecież ciekawe miejsce.

Ale świadomość, że kilkaset kilometrów dalej – na Krymie – giną ludzie, a jeszcze niedawno ginęli również i w samym Kijowie, sprawia że unosi się tutaj jakaś ponura aura.

A jutro nie będzie lepiej. Jutro dojadę do oddalonego o 130 kilometrów Czarnobyla.


Przeczytaj też:

A co zastałem w Czarnobylu? Przeczytaj w tekście „Czarnobyl nie zabija. Czarnobyl umiera”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jeśli chcesz dodać komentarz, wpisz wszystkie cyfry (arabskie, rzymskie lub ilość kropek) widoczne na poniższych grafikach. *