Kotor z bliska, Kotor z daleka

Raz jeden było mi dotychczas dane powrócić do Kotoru. Lecz gdybym tylko miał odpowiednią sposobność – wróciłbym ponownie. A później ponownie. Mimo, że wiem, że Kotor nie zmieniłby się w międzyczasie zanadto, że wciąż byłby ten sam, co zawsze. A może właśnie dlatego chciałbym tu nieustannie powracać?

Stari Grad. Czyli…?

Każdy, kto w życiu odbył choć kilka podróży, ten wie, że ile „starych miast”, tyle rozumień tego pojęcia. Każda starówka jest inna, niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. Jedna odrestaurowana z większą pieczołowitością i dbałością o szczegóły, inna posiadająca ledwie kilka budowli mających jakąkolwiek wartość historyczną. Jedna rozległa, rozłożysta, a poprzez to absorbująca. Inna ledwie namacalna. Jedna na zawsze już zapadająca w pamięć, inna nie warta choćby jednego spojrzenia. I tak oto za każdym razem pojawia się to samo pojęcie, a jednak określa je zupełnie inna definicja.

Nie inaczej jest w Kotorze. On również tworzy swoją własną koncepcję „starego miasta”. Dla tej jednak podstawą jest przede wszystkim niezmienność. Wiara ludzi w to, że tutaj czas stanął w miejscu. I, należy przyznać, że na pierwszy rzut oka faktycznie stanął, mniej więcej pół tysiąca lat temu.

Przekraczając progi Bramy Morskiej (Morska Vrata), która jest swego rodzaju wyrwą w opasłych murach obronnych szczelną klamrą obejmujących Kotor, wychodzi się z rzucanego przez nią przyjemnego cienia po to, by wstąpić na plac zalany gorącymi promieniami słońca. Na plac pełen wiekowych budowli o charakterystycznych popielatych murach oraz z oknami zakrytymi drewnianymi okiennicami, które to przybierają rozmaite odcienie zieleni: tu szmaragd, tam mech, nieco dalej jałowiec, a jeszcze dalej ubarwienie przypominające wodorosty. Bądź przewrotnie: brunatno-bordowe. Niektóre z okiennic wysłużone, krzywe, odrapane, inne wręcz rażące swą świeżością.

Budynki, od których jest tutaj nader gęsto, nie rosną na więcej niż na kilka pięter wzwyż, mimo iż przecież znacznie więcej wolnej przestrzeni mają one ponad swoimi dachami, a nie wokół własnych murów. A stoją one przytulone do siebie ciasno i pozostawiają pomiędzy swymi ścianami jedynie wąskie korytarze, które układają się w niezwykle urokliwe uliczki. Jedna przechodząca w drugą, bądź rozdzielająca się w dwie kolejne. A każda następna alejka piękniejsza od poprzedniej. I być może to właśnie dlatego uliczki te nie otrzymały swoich własnych nazw, aby człowiek nie podążał z góry wyznaczonym szlakiem, lecz by pomiędzy murami Kotoru błądził.

Bo tu warto zbłądzić.

   

Alternatywne pojęcie czasu

Za każdym razem, gdy w pamięci swej przywołuję to miasto, wówczas myślę, że każdy, kto mówi, iż w Kotorze czas stanął w miejscu, tak po prawdzie nie przyjrzał się mu dokładnie. Owszem, liczne budowle, które pamiętają średniowiecznych kupców, marynarzy, rybaków, być może i piratów oraz lokalnych rzezimieszków, a zapewne i znamienitych włodarzy z XV czy kolejnych wieków, świadczą o tym, że miejsce to przesiąknięte jest historią. Trzeba jednak przyjrzeć się szczegółom. Te kryją się pomiędzy uliczkami bez nazw. I są dowodem na to, że czas w Kotorze nie tyle stanął, co poszedł zupełnie inną drogą. Sprawiając, że tu nic się nie zestarzało, a zarazem paradoksalnie nic nie stanęło w miejscu. I tak oto w pobliskich kawiarniach można skosztować jak najbardziej współczesnej mrożonej kawy, bądź to zasmakować się w arcydziełach dzisiejszych mistrzów gastronomii, choćby przygotowanych przez nich owoców morza. Z kolei hostele nie stawiają żadnych trudności, by podłączyć się do znaku dzisiejszych czasów – do wirtualnego świata, jakim jest internet. A jak zapatruje się na to wszystko tradycyjnie odziany duchowny stojący przed jedną z lokalnych świątyń? Gdzieś spod okrywającej go tkaniny wyjmuje nowoczesny telefon i przykłada go do ucha…

 

   

 

Lecz jednocześnie w Kotorze można poczuć się jak w samym centrum średniowiecznego miasteczka. Miasteczka, które rozwinęło się w alternatywnej rzeczywistości – łączącej daleką przeszłość z jak najbardziej namacalną teraźniejszością. Tu po prostu to, co miało iść do przodu – poszło. To, co miało stać w miejscu – stanęło. Mimo, że wszystko to opisuje ten sam czas.

No właśnie. Czas.

Nie poznasz go i nie zliczysz go. Bo w Kotorze mija on po swojemu. Powoli, leniwie, beztrosko. A i tak zawsze w ostateczności okazuje się go za mało.

Na co uważać w Kotorze?

W Kotorze trzeba jednak mieć się na baczności, wręcz strzec się pilnie. Mieć oczy rozbiegane dookoła siebie. Bo oglądając dowolny z zabytków, wpatrując się namiętnie w jego architektoniczne szczegóły, można nadmiernie weń się zapatrzeć i z impetem wejść w ścianę sąsiedniej budowli. Albo po prostu, co chyba gorsze, można przez nieuwagę ominąć jakiś inny znak historii i nie odnotować go w swojej świadomości. Wszak podkreślić należy, iż cennych obiektów tych jest tutaj co niemiara – a ich ilość może przyprawiać o istne zawroty głowy. W rzeczy samej, Kotor mógłby bez najmniejszego problemu obdzielić swymi zabytkami wiele innych miast, również tych w najbliższej okolicy – równie starych, pamiętających najdawniejsze dzieje, a jednak mniej obdarzonych znakami przeszłości. I mimo tego, Kotor nie straciłby nadto na własnym uroku.

A czemu przyjrzeć się ze szczególną uwagą? Tu wszystko warte jest łakomych spojrzeń podróżnika, choć bez wątpienia należy wspomnieć o kilku co bardziej oszlifowanych diamentach. Wśród nich chociażby XVIII-wieczny kościół św. Klary (Crkva Svete Klare) z przepięknym barokowym ołtarzem z marmuru, będącym dziełem Frančesko Kabjanka. Nie mniejszej uwagi wart jest również jednonawowy kościół św. Mikołaja (Crkva Svetog Nikole) wybudowany w stylu pseudobizantyjskim, który co prawda do najstarszych w mieście nie należy, gdyż jego budowa toczyła się w latach 1902 – 1909, jednak słynie on z licznych, jakże cennych ikon. W poszukiwaniu znacznie starszych budowli, warto skierować się ku romańsko-bizantyńskiej cerkwi św. Łukasza (Crkva Sv. Luke), która powstała w 1195 roku, za panowania serbskiej dynastii Nemaniczów. I choć świątyń kultywujących różne wyznania, czy odłamy religijne, jest tutaj jeszcze wiele, choćby katedra św. Tryfona (Katedrala Sv. Tripuna), kościół św. Pawła (Crkva Sv. Pavla), kościół św. Józefa (Crkva Sv. Josipa), czy kościół św. Anny (Crkva Sv. Ane), to jednak nie samą architekturą sakralną żyje miasto Kotor. Wszak godne uwagi są tutaj również takie miejsca, jak Pałac Rady Miejskiej (Gradska vijećnica) z 1762 roku, gotycki Pałac Drago (Palata Drago) z XV wieku, Pałac Bizanti z XVII wieku, czy wreszcie Pałac rodu Grgurina (Palata Grgurin) z 1732 r. A to też zaledwie urywek tego, co na przybyszów czeka w całym Kotorze...

Krótko mówiąc: tutaj nic się nie marnuje. Każde miejsce i każdy obiekt na terenie Starego Miasta znajdzie swoich wielbicieli. Również i tak niepozorna rzecz, jak mury miejskie, których istny łańcuch ciągnie się od wybrzeża, ku wzniesieniom, poprzez postrzępione górskie zbocza, by szczelnie zamknąć miasto w bezpiecznym kamiennym pierścieniu. Tak bezpiecznym, że chociażby mocarne Imperium Osmańskie, które przedsięwzięło oblężenie Kotoru w roku 1538 oraz w roku 1657, nie zdołało miasta zdobyć.

I z bliska, i z oddali

Owszem, Kotor warto zobaczyć przede wszystkim z bliska. Zanurzyć się w każdą jego uliczkę, przejść się po każdym schodku i odkryć każdy jego zaułek. Zawsze znajdzie się jakieś nowe i równie zachwycające, co poprzednie, miejsce. Lecz Kotor warto zobaczyć także z daleka. Wcale nie trzeba do tego wiele wysiłku. Wystarczy spacer wzdłuż drogi wyjazdowej, prowadzącej ku Budvie, by wejść na wzniesienie i z niego rzucić okiem na urzekający pejzaż okolicy.

A cóż to za pejzaż? Oto Boka Kotorska w całej swej okazałości. Ze swymi wzniesieniami – z pasmem górskim Lovćen, czy szczytami Vrmac i Kason, których szare skaliste zbocza tu i ówdzie pokrywa zielona szata. Oto czarnogórski fiord, czy właściwiej: rias, ze swym zagłębieniem zalanym ciepłymi, błękitnymi wodami Adriatyku. I ponad tym wszystkim rozpostarta płachta błękitnego nieba, z którego złote słońce rzuca gorące promienie, bezlitośnie rozgrzewając do czerwoności dachówki kotorskich domostw. Ten widok, to Kotor bez wątpienia zupełnie inny niż ten z bliska – ten, który przyzwyczaił nas do obserwacji popielatych murów i architektonicznych detali. Ale równie piękny. Tym samym będący namacalnym dowodem na to, że piękno ma różne oblicza. A tutaj oblicza te są zaklęte w jednym tylko miejscu, w jednym tylko słowie – Kotor.

 

P.S. Spacer wzdłuż drogi ku Budvie i wejście na jedno z wielu pobliskich zboczy, oprócz pejzażu z Kotorem, oferuje jeszcze jedną ciekawą scenerię. Jest nią znajdująca się tutaj nekropolia. Niby nie ma co tutaj zwiedzać, a jednak widok palm rosnących pomiędzy nagrobkami jest dla polskiego oka… jakiś taki egzotyczny. Niczym raj, dla którego wiele osób spoczęło w tutejszej, rozgrzanej od promieni słońca, ziemi.

One thought on “Kotor z bliska, Kotor z daleka

  1. Bardzo ciekawy tekst, a przede wszystkim niezwykle literacki. Zawsze jak czytam takie relacje z podróży na blogach zastanawiam się, czy nie ich autorzy nie marnują swojego talentu, bo to świetny materiał na książkę :). Nigdy nie byłam w Czarnogórze, a tymczasem zdaje się, że jest to zachwycający zakątek świata, a Kotor jest niezwykłym miejscem na mapie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *