„Kung Fury” (reż. D. Sandberg)

Mało który film wzbudzał takie zainteresowanie przed premierą, jak produkcja szwedzkiego studia Laser Unicorn pt. „Kung Fury”. Jednak też mało która produkcja filmowa została skutecznie sfinansowana za pomocą funduszy crowdfundingowych pozyskanych za pośrednictwem serwisu Kickstarter. I to aż w wysokości 630 019 dolarów! Jednocześnie mało która produkcja miała swoją premierę w internecie, choćby na łamach takiego serwisu jak YouTube. I była dostępna zupełnie za darmo. Zarazem mało która współczesna produkcja tak intensywnie nawiązuje do stylistyki twórczej lat `80. Szeroko pojętej stylistyki. Ostatecznie, mało która współczesna produkcja zapowiadana była piosenką i teledyskiem z Davidem Hasselhoffem w roli głównej. A „Kung Fury” posiada wszystkie te cechy.

Jako osoba, która niejako wychowała się na filmach klasy B, C… X, Y, Z z lat `80 muszę przyznać, że szwedzki film został doskonale wystylizowany na tytuł tego pokroju. I mam tu na myśli zarówno doskonale dopasowane udźwiękowienie, jak i estetykę (choć efekty specjalne są w pełni profesjonalne i jak najbardziej współczesne) oraz sam scenariusz, a wreszcie i wykreowane na jego łamach postaci. Mamy tu wszystko, co charakteryzuje tego typu obrazy: genialnego policjanta, którego karierę zmienia tragiczna śmierć partnera (z rąk mistrza Kung Fu), dosłownie nieludzkiego triceratopsowego gliniarza, Adolfa Hitlera z nadzwyczajnym pomysłem na podbicie całego świata, wymyślnych przeciwników do pokonania, zaskakującą (aż nadto) fabułę, scenerię Miami, automaty do gry, podróże w czasie, a wreszcie przesyt sztukami walki. Do tego wszystkiego, muszę przyznać, film bywa nawet na swój specyficzny sposób zabawny. W szczególności chyba dla osób dobrze znających kino lat `80.

Jednak, oceniając, muszę stwierdzić, iż całość trwa 31 minut i… bądźmy szczerzy, dobrze, że nie dłużej. Nie to, że po półgodzinnym seansie miałem dość, bo wszystko prezentowało się całkiem interesująco, jednak kolejne nadprogramowe minuty tego filmu mogłyby wywoływać znużenie. Czuję, że nastąpiłby przesyt perełkami, które David Sandberg skondensował w tym krótkim obrazie, a wówczas mogłoby się zrobić niesmacznie. Mogłoby to wywołać nudności… czy raczej nudę. Obrzydliwą nudę.

Generalnie o „Kung Fury” można napisać, że jest „w porządku”. Jeśli podejdzie się do niego z dystansem i przyjrzy się historii jego powstania, całej związanej z tym akcji, alternatywności i niezależności całego projektu – wówczas jest to na pewno ciekawy obiekt do przyjrzenia mu się z bliska. Otoczka tworzy ciekawą skorupkę wokół obrazu, który w ten sposób smakuje lepiej. Bez niej najprawdopodobniej byłby jedynie ładnie wykonanym kiczowatym dziełkiem niskich lotów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *