Moja styczność z dziełami, których autorem jest szwedzki pisarz Arne Dahl, była nieplanowana. Nie wiedziałem, czego spodziewać się po jego literaturze, bo ani o niej wcześniej nie czytałem, ani nawet nie słyszałem. Była to dla mnie zupełna nowość, więc gdy o tytułach podpisanych nazwiskiem Dahla myślałem, w mojej głowie panowała totalna pustka, która doskonale korespondowała z tytułem pierwszego tomu trylogii – “Pustkowia”. Bo to po nią sięgnąłem w pierwszej kolejności. Dziś już tej pustki nie ma i mogę o książce napisać nieco więcej.

Choć sama historia nie wydaje się być na początku nadzwyczaj oryginalną – w końcu chodzi o zniknięcie kobiety – to jednak czuć, że będzie to lektura zupełnie inna niż ta, do których przywykłem. Ale odpowiada za to przede wszystkim specyficzny styl pisarski, jakim posługuje się Arne Dahl. Momentami jest mroczny, ciężki, zarazem obrazowy i atrakcyjny literacko. Można by rzec, że książka napisana jest ładnym językiem, pogłębiającym doznania literackie, choć też odciskającym piętno na duszy czytelnika – sprawiając, że wszystko dookoła staje się jakby cięższe, w tym również samo czytanie. No i o ile język ten wyśmienicie sprawdza się w częściach opisowych treści, o tyle sprawia, że dialogi nim pisane stają się… No właśnie, jakie? Sztuczne, pompatyczne… zbyt literackie, a za mało realistyczne? Tak właśnie to odbieram, choć i owszem, współtworzą one charakterystyczny klimat książki.

Recenzja książki Arne Dahl Pustkowia
Arne Dahl w książce „Pustkowia” posługuje się charakterystycznym, dość ciężkim językiem, który nadaje książce specyficznego klimatu

Fabuła okazuje się również nieco bardziej oryginalna i skomplikowana, niż wskazywałby na to początek. To duży plus tej książki, bo choć momentami wydaje się, że wiemy, do czego zmierza “Pustkowie”, ostatecznie nasza wiedza okazuje się błędna. Mylna. Autor zaskakuje czytelnika i robi to w sposób przemyślany, a nie poprzez niespodziewane wyciąganie z rękawa wątków, które zmieniają oblicze fabuły. Ta ostatnia przechodzi tutaj metamorfozę ciągle, systematycznie i logicznie. Ma sens. Choć, podobnie jak w kwestii języka, tak i tu wydaje się, że momentami autor posuwa się za daleko…

Mimo wszystko “Pustkowia” nie spustoszyły mojej duszy. Wciągnęły klimatem, choć niekiedy dosłownie usypiały powolnym toczeniem się akcji. Ale skłoniło mnie do tego, by sięgnąć po kolejną część, po kontynuację przygód głównych bohaterów Sama Bergera i Molly Blom. Nawet nie tyle z chęci im dalszego kibicowania, bo jakiejś wielkiej sympatii u mnie nie wzbudzili, co bardziej z łaknienia poznania prawdy. Prawdy, która kryje się gdzieś pod ciężkim językiem pisarza.


Przeczytaj też:

A może chcesz Skandynawii mniej mrocznej, a bliższej rzeczywistości? No to zapraszam do zwiedzania Uppsali. Albo do zobaczenia najciekawszych muzeów w Sztokholmie. I tych mniej ciekawych również.