Guillaume Musso już od początku próbuje oczarować czytelnika klimatem swojej powieści. “Nieznajoma z Sekwany” nawiązuje bowiem (co prawda, bardzo luźno) do historycznych, ale jakże swego czasu rozbudzających wyobraźnię publiki wydarzeń, które miały miejsce w drugiej połowy XIX wieku. Wówczas to z tytułowej francuskiej rzeki wyłowiono ciało młodej dziewczyny o nieznanej po dziś dzień tożsamości. I choć w książce do czynienia mamy z wiekiem XXI, to jednak temat ten zdaje się wracać, choć pod nieco inną postacią – żywej kobiety wyciągniętej z lodowatej wody… A wszystko to w połączeniu z kryminalną zagadką.

W kolejnych rozdziałach Autor próbuje czarować czytelnika dalej. Główną bohaterkę, niejaką Roxane, umieszcza w stylowym komisariacie w historycznym budynku, z którego widok rozpościera się na odbudowywaną po niedawnym pożarze katedrze Notre Dame. To wprowadza czytelnika w nastrój, w którym utrzymać go mają chociażby bohaterowie, którzy z pozoru wykonują pracę daleką od znajomości prawdziwej sztuki, jak choćby na ten przykład stróżowie prawa, a okazują się oni niezwykle wysublimowanymi osobowościami, jeśli chodzi o poczucie artystycznej estetyki. Nie to jednak jest najważniejsze, a fakt, że wspomniana już wcześniej wyłowiona z rzeki kobieta wprowadza niemałe zamieszanie w życiu Roxane (choć nawet bardziej zamieszanie to wprowadza w życiu innych ludzi). Bowiem pozostawia ona po sobie ślady, a konkretnie DNA, które sugerują, że jest ona wschodzącą gwiazdą estrady… która zginęła jakiś czas temu w katastrofie lotniczej podczas lotu z Madery. A przecież co do tamtej śmierci nie ma żadnych wątpliwości. Gdyby tego było mało, w całość miesza się syn jednego z zasłużonych funkcjonariuszy, który to zresztą od niedawna leży w szpitalu po nagłym wypadku, jaki go spotkał na terenie rzeczonego już komisariatu. Co ważne, ów syn, będący zresztą znanym pisarzem, twierdzi, że zmarła kobieta (której ślady DNA nosiła kobieta wyłowiona z Sekwany) jest… bądź też raczej “była” jego partnerką, z którą planował ślub. Jak więc widać, szykuje się nieźle pokręcona sprawa.

I tak prowadzony przez Autora czytelnik zanurza się w śledztwie, odkrywając kolejne tajemnice, kolejnych osób powiązanych ze sprawą. Dość zaskakujące tajemnice… Choć, niestety, czytelnik sam nie ma większych szans, by drogą dedukcji i analizy dotychczasowych dowodów oraz łączenia ze sobą różnych faktów do tego samodzielnie doszedł. Musi zostać w pełni poprowadzony przez Guillaume Musso aż do końcowych napisów, aż do ostatniej stronicy tej powieści, gdzie nie ma już miejsca na niedopowiedzenia. Nie jest więc to lektura dla miłośników kryminałów, które można rozwiązywać samemu, równolegle do tego, co myśli i robi główny bohater. Jest to książka dla czytelników, którym nie przeszkadza, że muszą być przed nimi odkryte wszystkie karty, aż do samego końca, aby wszystko stało się jasne, a ostateczne rozwiązanie stało się wyraziste.

W całej powieści brakuje mi jednak akcji, jej odpowiedniego dawkowania i zmienności tempa, co przyprawiałoby czytelnika o szybszy oddech, zmuszałoby go do szybszego pochłaniania treści i przewracania palcami na kolejne strony. A przynajmniej ja tego nie poczułem. Ponadto motyw historyczny, do którego nawiązuje sam tytuł książki, narobił mi ogromnych nadziei, na jakąś głębszą intrygę z tym związaną. Tymczasem motyw ten jest bardzo luźno wykorzystany, sprawiając tym samym trochę zawód osobom, które liczyły na większe koneksje między przeszłością a teraźniejszością. Ogólnie jednak biorąc, nie jest to książka źle napisana, przynajmniej pod kątem literackim. Ale z całą pewnością brakuje jej podkręcenia tempa w fabule. Kumulacja akcji zdaje się następować dopiero w ostatnim akcie, a dla wielu czytelników to może być już za późno.


Przeczytaj też:

Mam nadzieję, że wizja wypadku lotniczego w okolicach Madery (wspomniana w książce) nie odstraszy cię od wizyty na wyspie wiecznej wiosny! Zobacz, jak bardzo są ciekawe miejsca na Maderze!