„Tyler Rake: Ocalenie” (reż. Sam Hargrave)

Niech nie zmylą Cię krzykliwe hasła, że „Tyler Rake: Ocalenie” to Netflixowy film z najlepszym wejściem. Owszem, być może i rzeczywiście wejście było najlepsze, ale pytanie, czy bardziej przez globalną pandemię, masowe przesiadywanie ludzi w domu i spędzanie większej ilości czasu przed telewizorem, czy po prostu film jest tak bardzo genialny? Od razu powiem, że z całą pewnością nie chodzi o ten ostatni czynnik. Już po zwiastunach i zapowiedziach widać przecież, że “to tylko kolejny film akcji”.

Zresztą, rzuć okiem na opis filmu:

“Nieustraszony najemnik podejmuje się najbardziej niebezpiecznej misji w swojej karierze – musi uratować porwanego syna pewnego biznesmena.”

Brzmi zaskakująco? No właśnie, nie brzmi. I taki właśnie jest ten film: pełen szybkiej akcji, setek sztuk wystrzelanej amunicji, wielu wybuchów, bohaterskich czynów oraz ludzi przesiąkniętych złem. Przez ekran telewizora przewinie się tutaj mnóstwo broni, sprzętu taktycznego, krwi, scen walki… i wrogów, którzy czasem czekają na swoją własną śmierć, pomimo że mogliby jej łatwo uniknąć, albo przynajmniej mogliby podjąć walkę z przeciwnikiem. Ot, napotkali na swojej drodze istnego superbohatera, co prawda takiego bez nadprzyrodzonych mocy, ale czują że muszą się mu bezwzględnie poddać. Czyżby po to, aby zbudować w historii kinematografii kolejną legendę, do której widzowie będą chętnie powracać? Wydaje się, że taki był zamiar, lecz czy się udało?

Sceny akcji, pomimo swoich wad, oceniając je ogólnie mogę stwierdzić, że zostały nakręcone poprawnie, wszystko wpisuje się w kanon kina akcji, ale też nie wyróżnia się na tle innych tytułów w tym gatunku. Może poza scenerią, za co twórcom należy się ukłon i słowa pochwały, bo mam wrażenie że Hollywood rzadko sięga po Bangladesz, czy też ogólnie tamten rejon świata, celem umieszczenia w nim wydarzeń swoich filmów. Można zatem nacieszyć oko pejzażami, które w głośnych filmach występują rzadko.

Mieszane uczucia mam natomiast co do pracy kamery. Niektóre ujęcia bardzo ładne, w pełni oddające dynamikę filmu, natomiast inne… jakby operator kamery nabawił się delirium, tj. majaczenia drżennego. Przez to wszystko drgawek dostaje i sam widz.

„Tyler Rake: Ocalenie” nie jest filmem złym. Jest na granicy między “przeciętnym” a “przyzwoitym”. To kalka typowego kina akcji, która do gatunku nie wnosi nic nowego, wykorzystując możliwości techniczne XXI wieku i nieco odświeżając scenerię. Nic poza tym. Ale rozumiem, że w czasach pandemicznego znudzenia mógł przyciągnąć wielu widzów. Także wielu tych, którzy obejrzeli film, odhaczyli go ze swojej listy i włączyli kolejny film lub serial na Netflixie. Tym bardziej, że dobrych produkcji na Netflixie nie brakuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Jeśli chcesz dodać komentarz, wpisz wszystkie cyfry (arabskie, rzymskie lub ilość kropek) widoczne na poniższych grafikach. *