Gosia Lisińska “Włoskie ciacho”

Gdy dorosła kobieta, lekarka zresztą z zawodu, nagle zaczyna zachowywać się jak pełna buzujących hormonów nastolatka – wiedz, że coś się dzieje. Gdy niespecjalnie odstają od niej w swej (nie)dojrzałości, w swych codziennych zachowaniach także i inni bohaterowie książki, zresztą również dorośli ludzie – wiedz, że dzieje się źle. Bardzo źle. Bo to znaczy, że prawdopodobnie czytasz książkę Gosi Lisińskiej pt. “Włosie ciacho”. A z każdą kolejną stroną będzie tylko gorzej…

A czym owe “gorzej” się objawia? Niczym ciekawym. Bowiem nie ma tu ani “żywych” i ciekawych osobowości, ani intrygującej fabuły, ani nawet pięknych, poruszających wyobraźnię opisów. Są bohaterowie wycięci od tego samego szablonu, być może każdy z nich jest inaczej pokolorowany, czy podpisany innym imieniem, ale to są ich jedyne wyróżniki. Co ciekawe, najwyraźniej życie ich wszystkich (tak, WSZYSTKICH) toczy się wokół jednego tematu – seksu. Jedni uprawiają go jak króliki, inni o nim ciągle rozmyślają lub rozmawiają, a nawet zdarzają się i tacy, co to przychodzą do lekarza – tak, głównej bohaterki tego dzieła – i skarżą się jej na swoje seksualne problemy. I nie, nie ma ona ukończonej specjalizacji jako seksuolog, czy innej pokrewnej, zdaje się być jedynie zwykłym lekarzem pierwszego kontaktu. Takim, co przepisze syrop na bolące gardło, da skierowanie do konkretnego specjalisty i… najwyraźniej doradzi w przypadku poważniejszych dolegliwości związanych z czynnościami seksualnymi. Muszę jednak podkreślić, żeby nie było, seks mnie w żaden sposób nie brzydzi, a tematyka ta mnie nie zraża ani w życiu, ani w literaturze – nie w samej tematyce widzę tutaj problem. Raczej w seksualnym nasyceniu, z jakim została napisana ta książka, która niby zdaje się udawać zwykłą, otaczającą nas rzeczywistość, a jednak… wszystkim dookoła w głowie tylko jedno. Rozmowy toczą się wokół jednego tematu. Ciągłe podteksty, albo mówienie czy myślenie o pewnych rzeczach wprost to codzienność. Tak, jakby była to książka o życiu swingersów, czy ludzi z branży erotycznej, a nie opowieść o zwyczajnych ludziach, którzy są lekarzami, programistami, recepcjonistkami etc. Bo wydaje mi się, że właśnie taką książką miało być “Włoskie ciacho” – o zwykłych ludziach.

Gosia Lisińska "Włoskie ciacho"

Nie, tak nie wygląda rzeczywistość.

Oczywiście ciągłe myślenie i mówienie o seksie, czy ewentualne jego uprawianie, to nie jedyne cechy które łączą naszych bohaterów. Każdy z nich, oprócz posiadania myśli przesyconych kopulacją, charakteryzuje się niemałą dozą naiwności i swego rodzaju głupkowatości – w myśli, mowie i uczynku – bez względu na reprezentowany przez siebie wiek, wykształcenie, zawód czy sytuację życiową. Wszyscy! Nie pamiętam ani jednego bohatera, który nie pasowałby do ogólnego szablonu wyrysowanego przez Autorkę książki. Wystarczy odebrać im imiona, spisać ich cechy na kartkach i okaże się, że mamy do czynienia… dosłownie z atakiem klonów.

Treść? Jeju, co tu się dzieje! A właściwie, co tu się nie dzieje! Książka toczy się wokół seksu, bohaterowie składają sobie pikantne obietnice – od klapsów począwszy, poprzez namiętne przygryzanie, aż po różne inne objawy szeroko rozumianego “bycia skrajnie niegrzecznym” (trochę tutaj nawiązuję do terminologii używanej przez Autorkę)… ale jak przychodzi co do czego to cały ten erotyzm ulatnia się. Gdy z kart powieści poznajemy opis jednego, czy drugiego zbliżenia, pokrótce kończy się to na stwierdzeniu, że seks był nieziemski. Może i był, ale rola pisarza w tym, aby opisał to w równie nieziemski sposób, tym bardziej, że jest to książka, która seks traktuje dość instrumentalnie, jako swój główny motyw! A summa summarum wygląda to tak jakby pisarka aż nadto utożsamiała się główną bohaterką, która na łamach pierwszych rozdziałów marzy o seksualnej dzikości, ale czuje, że jej nie przystoi (Autorka również się powstrzymuje od większych i mocniejszych opisów). Albo się wstydzi. Albo nie potrafi. Lisińska obiecuje czytelnikowi ogień, a nie odpala nawet zapałki. Znaczy się, jakieś tam opisy scen łóżkowych tutaj są, ale serio – w rozmaitych kryminałach, książkach fantasy czy milionie innych gatunków literackich znajdziemy znacznie lepsze i pikantniejsze opisy niż w tej powieści o rzekomo silnym zabarwieniu erotycznym.

Tej książki nie broni nic. Bo niby co – tytułowy Włoch, przez którego robi się mokro każdej dziewczynie w Tychach? Tacy ludzie przecież nie istnieją, to fikcja. Każdy człowiek ma przecież inny gust i nierzadko bywa, że największy telewizyjny amant nie wpada w gusta KAŻDEJ kobiety świata. A my tymczasem z kart powieści dowiadujemy się, że każda napotkana kobieta jest, delikatnie powiedziawszy, zauroczona tytułowym “włoskim ciachem” (swoją drogą, bardzo oryginalne określenie… bardzo!). A może książkę ma bronić to, że główna bohaterka nosi na stopach snickersy (serio! Batony z orzechami!), a nie sneakersy? No dobra, przy tym to akurat się nieźle ubawiłem, choć nie mam pewności, czy Autorka napisała to świadomie… Czy to, że pani Lisińska opisuje zawody (lekarz, programista), o których zdaje się nie mieć najmniejszego pojęcia? Tak, jakby nie odrobiła zadania domowego i nie przyłożyła się do tej książki odpowiednio. O tak, tego z pewnością nie zrobiła. Bo na jednej stronie główna bohaterka rozpływa się nad wyglądem kolegi po fachu – Witka – na innej stronie padają stwierdzenia, że ten sam mężczyzna jej się nie podoba, a później znów mamy stwierdzenie, że niezły z niego przystojniak. Już pominę użycie w książce włoskiego określenia oznaczającego Kopciuszka, tj. “cenerentola”, które ma być słodkim określeniem kochanki “włoskiego ciacha”. Być może dla Włocha słowo to brzmi uroczo, ale dla typowego polskiego czytelnika (który raczej językiem włoskim nie operuje) “cenerentola” prędzej może skojarzyć się z salmonellą, chlamydiozą albo inną nieciekawą chorobą. Lub nazwą paskudnego robaka.

To wygląda, jakby ta książka została napisana bez uprzedniego planu, bez szkicu powieści, bez przygotowania, bez rozpiski cech bohaterów, bez żadnych notatek. Po prostu, została napisana “prosto z głowy”. A w ten sposób dobrą książkę potrafią napisać tylko WIELCY PISARZE, prawdziwi literaccy geniusze, a i tak robią to rzadko bez planu. Przykro mi, ale Gosi Lisińskiej do takich pisarzy nie zaliczam.


Przeczytaj też:

Sprawdź też inne książki, które przeczytałem, zrecenzowałem i umieściłem na mapie kulturalnych recenzji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Jeśli chcesz dodać komentarz, wpisz wszystkie cyfry (arabskie, rzymskie lub ilość kropek) widoczne na poniższych grafikach. *