Przed laty, dostać się do Baracoa nie było łatwo. Miejsce to jest bowiem odcięte od reszty Kuby wzniesieniami górskimi, zresztą gęsto porośniętymi lasami tropikalnymi. Dopiero w 1965 roku otwarta została Viaducto de la Farola – kręta droga, wijąca się po zboczach i oferująca przejezdnym spektakularne widok, a ostatecznie prowadząca do Ciudad Primada. Do Pierwszego Miasta, którym administracyjnie Baracoa jest od 1518 roku, kiedy to uzyskała prawa miejskie. Trzeba też pamiętać, że to właśnie tutaj Krzysztof Kolumb wylądował w trakcie swojego pierwszego rejsu “do Indii” i to właśnie tutaj istniała pierwsza stolica tej wyspy.


Dawniej, miejsce o wielkiej historii. Dziś miasto prowincjonalne, ubogie, zniszczone… Choć nadal położone w otoczeniu przepięknej przyrody.


Baracoa. Kuba tu się kończy… i zaczyna
Dziś, dla większości turystów, celem podróży na Kubę jest przede wszystkim Hawana. Drugi kraniec wyspy. Niemal 1000 kilometrów i kilkanaście godzin jazdy, choć w praktyce chyba lepiej nie “brać” tego na jeden raz. A Baracoa? To miejsce znacznie uboższe, ale i spokojniejsze od dzisiejszej stolicy kraju. Nie przyciąga zbyt wielu turystów, ci pojawiają się tutaj rzadko. A przecież setki lat temu to właśnie to miejsce było początkiem wszystkiego. Choć przede wszystkim początkiem dla europejczyków, bo przecież dla Tainów – pierwotnych ludów zamieszkujących te tereny, cała wyspa była jednym wielkim domem już od dawna, choć oczywiście ojczyzną podzieloną między władców zwanych kacykami. Gdy jednak Krzysztof Kolumb wylądował 27 listopada 1492 roku w tych okolicach (dziś dyskutuje się, czy na pewno była to Baracoa, czy może jednak nie Gibara… choć raczej ta pierwsza) – wszystko miało się zmienić dla jednych i dla drugich. Dla przybyszów ze Starego Kontynentu to miała być przygoda, której celem stało się zdobycie bogactwa i sławy, a dla Tainów i innych ludów zamieszkujących Nowy Świat – to był początek zagłady.





Pewnym symbolem tego początku jest Cruz de la Parra, który przy odpowiedniej dawce szczęścia można zobaczyć w Katedrze Matki Bożej Wniebowziętej w Baracoa. Trudno jest bowiem trafić na czas, gdy świątynia ta będzie otwarta. A jest to jeden z 29 krzyży, jakie postawić na nowych ziemiach miał Krzysztof Kolumb, a zarazem jedyny, który przetrwał po dziś dzień. Jeśli jednak sztuka zobaczenia tego artefaktu się nam nie uda, zawsze można udać się w okolice hotelu Porto Santo w północnej części Zatoki Baracoa, gdzie stoi replika owego krzyża w miejscu, w którym zatknąć w ziemi miał go właśnie sam Krzysztof Kolumb.





Dziś jednak spacerując po ulicach Baracoa trudno dostrzec w nim wielką przeszłość. A jeszcze trudniej dostrzec wielką przyszłość. Słysząc o problemach, jakie dotykają miasto, a przede wszystkim jej mieszkańców, dawna stolica wyspy wydaje się przez dzisiejszy rząd zapomniana, czy wręcz opuszczona. Problemy z prądem, paliwem, wodą, dostawami różnych towarów, które widać już w zachodnich częściach Kuby, a które to są zwielokrotnione tutaj. Ale ludzie mimo wszystko starają się radzić sobie w tych trudnych warunkach. Bo co innego począć?



Plantacja kakao
Mieszkańcy Baracoa być może nie mają zbyt dużego wsparcia ze strony władz. Ale mają przepiękną naturę. I mają plantacje kakao. Choć i te podlegają władzom kubańskim, więc to one w pierwszej kolejności czerpią profity z faktu, że rosną tu drzewa kakaowców. Czy coś jednak stoi na przeszkodzie, aby na taką plantację kakao się wybrać, dać się oprowadzić przez pracownika pośród pni drzew kakaowca (i nie tylko ich), wysłuchać opowieści o tym, jakie są gatunki owego kakaowca, jak one rosną i kwitną, jak rozpoznawać, że owoce są już dojrzałe, jakie produkty można z ziaren takiego drzewa przygotować…? A na końcu wesprzeć “przewodnika” po plantacji napiwkiem. Dla turysty to będzie niewielki wydatek. Dla miejscowych – duża pomoc, choć wciąż jedynie kropla w morzu ich potrzeb. Lepsza jednak ta kropla niż zupełna susza.


Na plantacji kakao można zauważyć, że na jej terenach nie tylko kakao się hoduje. Zobaczyć tu można choćby drzewo ogórkowe z charakterystycznymi “ogórkami” wyrastającymi blisko pnia. Ale i zwierzęta… choćby drób, który bądź to przechadza się między drzewami kakaowców, bądź to zamknięty jest w drewnianych klatkach. I dostarcza mieszkańcom tak trudno dostępnego mięsa czy jajek.


Spływ po rzece Toa
Skoro tak dużo wspominam o naturze to dobrze by było się w nią porządnie zanurzyć. Bo choć cała Kuba słynie z przepięknej przyrody, to krajobrazy, jakie zobaczyć można tutaj – to są widoki niepowtarzalne i zapierające dech w piersiach. Widząc te pejzaże, lepiej rozumie się dlaczego Krzysztof Kolumb zachwycał się tym miejscem w swoich notatkach z podróży. Aby to lepiej sobie uzmysłowić, warto opuścić granice miasta Baracoa i udać się choćby na spływ po pobliskiej rzece Toa, z której doskonale widać El Yunque, charakterystyczną górę z płaskim szczytem wznoszącym się na wysokość około 575 metrów n.p.m. Być może niezbyt wysoką, ale jednak ze względu na ukształtowanie terenu i bliskość morza, doskonale widoczną z dużych odległości. Więc i jej opis znalazł sobie miejsce w dziennikach Krzysztofa Kolumba.




Wracając jednak do rzeki Toa – spływ nią to raczej spokojna przygoda, w ramach której można obserwować odległe krajobrazy i bliską naturę. Obserwować tutejsze życie – choć raczej mieszkańców okolic, niż zwierząt, których zbyt wiele, przynajmniej w okolicach ujścia do morza, nie widać. Bardziej w oczy, niestety, rzucają się rozmaite śmieci wyrzucone na brzeg pobliskiej plaży. Przypominające o tym, jak bardzo człowiek jest zdolny do dewastowania nawet najpiękniejszych miejsc na Ziemi. A trzeba przyznać, że tę część Kuby do takich miejsc należy zaliczyć.



Przeczytaj też:
Zobacz też drugi kraniec Kuby, czyli Dolinę Viñales.
Albo wybierz się ze mną na inną dużą wyspę Karaibów i zobacz Park Narodowy Los Haitises w Dominikanie.


