Nie są mi zupełnie obce produkcje filmowe i serialowe z Australii, ale też nie ma co ukrywać – nie goszczą one na moim ekranie nazbyt często. Aczkolwiek dotychczas ten kraj raczej kojarzył mi się z przyzwoitymi produkcjami ze świata kina. Dlatego bez większych obaw sięgnąłem po dotychczas dobrze oceniane “Deadloch”.

Przy czym warto sobie wyjaśnić, że “Deadloch” oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze, to wymyślona miejscowość na Tasmanii, w której osadzona została akcja pierwszego sezonu serialu. Tu warto dodać, że drugi sezon przenosi nas w zupełnie inną część tego olbrzymiego kraju. Po drugie, “Deadloch” oznacza po prostu komedię kryminalną, która wokół wymyślonej miejscowości się toczy, ale nie jest jej sednem. I tak teraz myślę, że mogę dodać trzecią rzecz. A mianowicie “Deadloch” oznacza przede wszystkim dobrą rozrywkę. Jest to bowiem przyzwoicie zrealizowany, z nieszablonowym scenariuszem i pokręconymi postaciami serial, który nie tylko budzi uśmiech na twarzy (brawo! Taka rola komedii), ale też daje do myślenia. Bo kto jest tym cholernym mordercą (brawo! Takie pytania ma budzić kryminał)? Zostaje więc człowiek wciągnięty w intrygę wokół kolejnych zabójstw, ale i zmuszony jest przy tym śledzić mniej lub bardziej udolne wyczyny Dulcie i Eddie, czyli dwóch pań detektywek, które do rozwiązania tego zadania zostały oddelegowane. A że mają zupełnie odmienne typy osobowości, można domyślić się, że wyniknie z tego wiele, ale to wiele… To już trzeba zobaczyć, co z tego wyniknie.

Po raz kolejny Australia mnie nie zawiodła. Zaserwowała ładne lokalne widoki, odmienne podejście do kręcenia seriali, a przede wszystkim nieszablonowy scenariusz. Oraz przerysowanych bohaterów z własnym charakterkiem, których być może się nie lubi… ale chętnie ogląda się ich w akcji.


Przeczytaj też:

Lubisz absurdalne komedie? Sprawdź moją wakacyjną książkę komediową.

A jak szukasz więcej komediowych seriali to sprawdź recenzję serialu „Małpi biznes”.